Agent 007 powraca w wielkim stylu. Recenzja filmu „Skyfall”

Daniel Craig jako James Bond w filmie "Skyfall"
Daniel Craig jako James Bond w filmie "Skyfall" Fot. Columbia Pictures Industries
Reżyser filmu „Skyfall” miał niesamowicie trudną misję. Z okazji 50. rocznicy istnienia filmowego Bonda, wypadałoby zrobić film szczególny i w pełni zaspokajający oczekiwania fanów cyklu. Miłośnicy serii 007 nie powinni się zawieść, bo Mendes żartuje w starym bondowskim stylu i sypie cytatami z poprzednich Bondów, jak z rękawa. „Skyfall” to prawdziwa uczta dla bondomaniaków. Jubileuszowa misja Sama Mendesa zakończyła się śpiewająco.

„Skyfall” to film o wielkich powrotach. Brytyjski agent wraca do rodzinnej Szkocji i krajobrazów swojego dzieciństwa, a Sam Mendes cytuje bondowskie klasyki z pasją największego fana cyklu. W najnowszym filmie pojawia się motyw „zmartwychwstania” Jamesa Bonda (agent został już uśmiercony w filmie „Żyje się tylko dwa razy” (1966) oraz wątek zdrajcy brytyjskiego rządu ( Raoul Silva, główny wróg Bonda w „Skyfall”, podobnie jak Alec Trevelian w „GoldenEye” (1995) jest byłym agentem MI6). Klasyczne cytaty pojawiają się również w formie dowcipnych dialogów (żal Bonda z powodu zmarnowanego whisky przypomina troskę doktora No o butelkę szampana Dom Perignon), żartobliwych aluzji (eksplodujący długopis to kiepska zabawka dla współczesnego agenta, a legendarny Aston Martin nie jest już tak wygodny, jak kiedyś) i zabawnych sytuacji ( scena z jaszczurami budzi skojarzenia z tą obecną w filmie „Żyj i pozwól umrzeć” (1973).



Kiedy nowy Bond żartuje, wydaje się śmiertelnie poważny i zdystansowany, a jego czarny humor wywołuje dyskretny uśmiech na twarzy widza. I choć agent 007 odzyskał dawne poczucie humoru, jego libido zdecydowanie spadło. Bond nie rezygnuje z przygodnego seksu, jednak kobiety w jego życiu odgrywają epizodyczną rolę. Agent Craig wciąż skutecznie uwodzi kobiety (okazuje się, że jego osobisty urok działa także na mężczyzn) i dzielnie walczy z wrogiem. Nie rezygnuje też z klasycznego „wstrząśniętego, nie mieszanego”. Oburzeni faktem, że agent będzie pił zimnego Heinekena, mogą być mile zaskoczeni. Złoty trunek Bond popija tylko w jednej scenie, która w efekcie potrafi nieźle rozbawić.

Współczesny Bond nie jest już niezawodną maszyną do zabijania, nie ma też dawnej wytrzymałości superbohatera. Przy strzale potrafi chybić, a podczas treningu wylać z siebie ostatnie krople potu. Zmęczony i zarośnięty Bond nie kryje się ze swoją słabością do alkoholu. Jego emocje czasem biorą nad nim górę, ręka potrafi się zatrząść przy strzale, a w chwili wzruszenia z jego oczu potrafi polecieć nie jedna łza. Nowy Bond Sama Mendesa z pewnością jest większym wrażliwcem, niż był kiedyś – oczywiście w granicach przyzwoitości ( w melancholijnym malarstwie Williama Turnera wciąż widzi tylko „cholernie duży statek”). I choć o Craigu od dawna mówiło się, że to najbardziej autentyczny i ludzki agent 007, dopiero w filmie „Skyfall” pojawił się jako prawdziwy mężczyzna z krwi i kości.

Nie należy zapominać o doborowym towarzystwie agenta Jej Królewskiej Mości. Młody Q. grany przez Bena Whishawa, potrafi zarzucić inteligentnym żartem i ciętą ripostą. Choć Bond wyraża wątpliwość, czy wybór znacznie młodszego wynalazcy gadżetów jest rzeczywiście dobrym pomysłem, trzeba przyznać, że Whishaw to zdecydowany strzał w dziesiątkę. Od wrogów agenta należy oczekiwać charyzmy i nietuzinkowości, a to z pewnością udało się osiągnąć Javierowi Bardem. Oryginalna kreacja hiszpańskiego aktora czyni z niego równego przeciwnika agenta Królowej w tym emocjonującym bondowskim przedstawieniu.

„Skyfall” stanowi doskonałe połączenie współczesnej wizji agenta 007 z przeszłością bondowskich klasyków. Trzeba przyznać, że zakończenie filmu otwiera wiele możliwości dla kolejnych filmów serii. Szczegółów zdradzać nie wypada, bo w całym cyklu chodzi przede wszystkim o dobrą zabawę. Resztę bondowskich smaczków pozostawiam „tylko dla Waszych oczu”.
Trwa ładowanie komentarzy...